Witaj!

BLOG

Wakacje na Zanzibarze = wakacje marzeń!

Gdy jesienią Przemek zapytał, czy miałabym ochotę na zimowe wakacje na Zanzibarze, nie posiadałam się ze szczęścia! Helloł! Pewnie, że tak!
Do tej pory nasze destynacje wakacyjne były mocno uzależnione od planów treningowych Przemka. Góry, dobre drogi, infrastruktura dla kolarzy, niezbyt wysokie temperatury powietrza, morze dla dzieciaków – te kryteria dość mocno zawężają miejscówki, do których można się udać. Tym razem plan treningowy mógł zejść na drugi plan i przyznaję, że cel podróży został wybrany bajeczny.

Wakacje na Zanzibarze!

Marzyłam o tym miejscu od dawna. Oczekiwanie miałam wysokie! I nie rozczarowałam się!
Biały piasek plaż, turkusowa woda Oceanu Indyjskiego i błękit nieba. Te trzy kolory wystarczą mi do szczęścia. Dodajcie do tego przepyszne jedzenie, fuzję smaków afrykańskich, hinduskich i arabskich (nareszcie hotel z przepysznymi daniami wegetariańskimi!); serdecznych i uśmiechniętych mimo kiepskiej sytuacji finansowej ludzi; bujną przyrodę – a otrzymacie prawdziwy raj.

Zanzibar to kraj „pole pole” („powoli, powoli”) oraz „hakuna matata” (nie ma problemu). Czas tu płynie inaczej, niespiesznie. Zresztą w tak gorącym i wilgotnym klimacie inna filozofia życia by się nie sprawdziła.

Zazwyczaj mocno ograniczam liczbę zdjęć do moich blogowych wpisów, ale tutaj musiałam zaszaleć. Jest ich jakieś 80, więc uzbrójcie się w cierpliwość, usiądźcie wygodnie i nalejcie sobie kubek ulubionej kawy czy herbaty.

Zapraszam na Zanzibar!

Kilka informacji foto-praktycznych.

Zdjęcia robione aparatem Fuji xt-2, oraz obiektywami fujinon 23 1.4, 35 1.4 oraz 56 1.2 (głównie te dwa pierwsze). Rozważałam zakup zooma, żeby jechać tylko z jednym obiektywem, ale ostatecznie wybór padł na obiektywy stałoogniskowe i w sumie dobrze wyszło. Był to lekki, poręczny, nie rzucający się w oczy zestaw. A gdy chciałam zrobić zdjęcia „szerokim kątem” – korzystałam po prostu z telefonu…
Dwa zdjęcia z aparatu wodoodpornego moich dzieciaków, i kilka z telefonu. Na pewno się zorientujecie, które to 🙂

Zdjęcia wywołałam w programie Lightroom presetem Mastin Labs – Kodak Ektar. Możecie zakupić ten preset jak i wiele innych, cudownie naśladujących analogowy klimat, ze zniżką 10% klikając TUTAJ – KLIK (*uwaga, link afiliacyjny – jeśli z niego skorzystacie otrzymam drobny kredyt na kolejne zakupy)

Kilka informacji praktycznych

Szczepienia
Nie szczepiliśmy się na nic. Nie braliśmy leków na malarię.
Zatrzymaliśmy się w dobrym hotelu, przestrzegaliśmy zakazu picia wody niebutelkowanej, a nawet zęby płukaliśmy wodą z butelki. Codziennie odkażaliśmy się colą (my i dzieci) oraz ginem z tonikiem (tylko my). Pryskaliśmy się Muggą, gdy szliśmy wieczorem na kolację. W hotelu każde łóżko miało swoją moskitierę, zresztą podczas całego wyjazdu widziałam tylko dwa, w dodatku mocno rachityczne, komary. Odnoszę wrażenie, że na wyspie wiatr jest dla nich za silny. Udało nam się uniknąć zarówno przygód żołądkowych, jak i pogryzień komarów.
Oczywiście każdy musi podjąć decyzję sam, najlepiej po konsultacji z lekarzem medycyny podróży – nie biorę za Was odpowiedzialności a moje opinie są wyłącznie moje 😉

Podróż
Lot bezpośredni trwa około 8/9 godzin. Da się go przeżyć, nawet z dziećmi. My daliśmy naszym dyspensę na iPada i telefon, dzięki temu naprawdę nieźle to znieśli.

Polecam zabrać na przebranie krótkie spodenki, bo po wylądowaniu szok termiczny jest spory. Zwłaszcza, że prosto z samolotu wychodzi się na płytę lotniska, gdzie uderza nas parne, tropikalne powietrze, a jeszcze trzeba odstać swoje w gigantycznej kolejce po wizę w nieklimatyzowanej hali (a raczej baraku). Wiza kosztuje 50 dolarów amerykańskich od osoby, można płacić gotówką na lotnisku. Zresztą wszędzie zapłacimy dolarami, nie warto ich wymieniać na lokalną walutę. Dolary najlepiej zabrać ze sobą, bo bankomatów na wyspie jest kilka, a nie wiem czy kantory przyjmą nasze złotówki.

Potem jeszcze tylko transfer do hotelu po kiepskiej jakości drogach… i jesteśmy w raju!

Emilka była w swoim żywiole, wreszcie basen z ciepłą woda, w którym mogła przesiadywać godzinami! Ja zresztą też chętnie korzystałam 🙂

Plaża była mocno zadrzewiona, więc nawet nie było potrzeby na parasolki. Miło było leżeć w cieniu pod naturalnym parasolem z liści.

Tradycyjne żaglówki czekały na chętnych na wycieczkę po oceanie…

Już pierwszego dnia Jasiek zapoznał się z miejscowymi przewodnikami po rafie koralowej, Masajami, którzy przyjechali na Zanzibar trochę dorobić. Jednemu tak spodobała się łopata Jasia, że z zapałem zabrał się do kopania dołów i fortec z piasku. Miał z tego chyba większą frajdę niż Jasiu, wyglądało jakby robił to po raz pierwszy…

Umówiliśmy się z nimi na kolejny dzień, na wyprawę na rafę koralową podczas odpływu. (możecie sprawdzić kiedy i jakie są pływy na Zanzibarze np. tutaj – KLIK!; zależą od fazy księżyca i jego położenia, więc codziennie zaczynają się o innej godzinie i są mniej/bardziej widoczne).
Dzięki nim zobaczyliśmy piękne rozgwiazdy, błazenki, jeżowce. Co ciekawe, Masaje nie jedzą ryb ani żadnych innych morskich stworzeń, ale po rafie oprowadzali nas bardzo profesjonalnie. Dbali o to, żeby nikt nie wdepnął w jeżowca, wypatrywali najciekawsze stworzenia. Zdecydowanie polecam wybrać się na taką wycieczkę z miejscowymi!

Trzeba tylko pamiętać o nakryciu głowy i grubej warstwie kremu z filtrem (polecam filtry mineralne, np. krem Alphanova Sun – bezpieczny nie tylko dla skóry, ale i dla rafy koralowej), bo afrykańskie słońce pali naprawdę mocno. Kupiłam też dla całej rodziny bluzki UV i naprawdę bardzo się przydały.


W muszelkach kryją się kraby!

Na plaży można bez problemu znaleźć muszelki, kawałki rafy koralowej i inne skarby, ale nie można ich wywozić z wyspy, więc zawsze na koniec dnia z bólem serca musieliśmy się z nimi pożegnać…

Dwóch chłopców 🙂

Po wycieczce na rafę koralową każdy z nas dostał od Masajów bransoletkę w prezencie.


Podczas pływania w oceanie można trafić na różne ciekawe stworzenia. Algi, skaczące ławice ryb, jeżowce. Wystarczy mieć oczy otwarte.
A woda jest tak ciepła, że można w niej siedzieć godzinami. Pływanie ma też tę zaletę, że wtedy nikt nie nagabuje Was o wycieczkę, kupno bransoletki czy papierosów i możecie spokojnie cieszyć się rajską przyrodą.

Zanzibar to też kraj ciekawych zwierząt! Nie ma co prawda słoni ani żyraf (Emilka była bardzo rozczarowana, w końcu co to za Afryka bez tych zwierząt), ale za to są jaszczurki! I żółwie, ale o nich w dalszej części 🙂

Codziennie po obiedzie schodziliśmy na godzinę do pokoju, odpocząć od słońca i upału.

Po paru dniach leżenia na plaży poczułam chęć wyruszenia w głąb wyspy, żeby lepiej ją poznać. Wybraliśmy się na całodniową wycieczkę; zaczęliśmy od plantacji przypraw. Zobaczyć, a przede wszystkim dotknąć i powąchać orientalnych przypraw, to było cudowne przeżycie!
Miejscowi potrafią wykorzystać rośliny do cna, mają inne zastosowanie dla liści, korzeni, kory, owoców… Wiedzieliście, że wysuszona i starta pestka awokado jest dobra na problemy skórne?

Wanilia. Na Zanzibarze trzeba ją zapylać ręcznie, bo nie występuje tu specjalny gatunek motyla, który normalnie się tym zajmuje.

Pieprz.

Ananas! Mniam…

Kobiety przygotowują posiłek dla mężczyzn, którzy pracują na plantacji.

Mieliśmy super przewodnika, Wiktora, który całkiem nieźle mówił po polsku. Zaczął się uczyć w marcu na telefonie, po dwóch miesiącach pojechał już na wycieczkę z polskimi turystami i zaczął się uczyć także od nich. Byłam pod naprawdę ogromnym wrażeniem. Polaków jest chyba tam stosunkowo sporo i opłaca im się uczyć naszego języka, bo przekłada się to na zlecenia i pracę – czyli dobrze płatne wynagrodzenie.

Nie pamiętam nazwy tej rośliny, ale jej owoce służą np. do barwienia curry na czerwono czy do makijażu…

Gałka muszkatołowa.

Wchodzenie na palmę nie spełniało żadnych norm BHP, ale wyglądało bardzo widowiskowo!

Zazwyczaj nie przepadam za wodą kokosową ze sklepowej półki, ale pita taka prosto z kokosa, w dodatku dopiero co zerwanego z palmy, smakuje wprost niebiańsko i cudownie gasi pragnienie.

Potem wybraliśmy się do Stone Town. Zaczęliśmy od zwiedzania targu.

Na targu rybnym zapachy unoszące się było dość… hm, intensywne… więc bardziej skupiałam się na tym, żeby utrzymać treść żołądka na miejscu niż na robieniu zdjęć 😉


W części z przyprawami zapachy były zdecydowanie przyjemniejsze. Na tym straganie kupiłam przekąskę – ziarna baobaba. To te czerwone kawałeczki w woreczkach. Smakuje trochę kwaskowo, nie gryzie się ich tylko ssie, a sam środek – małą, twardą pestkę – wypluwa.

Za każdym rogiem galeria sztuki, gdzie można kupić obrazy i rzeźby a afrykańskim klimacie.






Po spacerze krętymi uliczkami i lunchu w lokalnej knajpce czas na przeprawę łódką na niedaleką wysepkę.

Prison Island. Miejsce kwarantanny niewolników. Nie wiem, czy wiedzieliście, ale Zanzibar to był kiedyś największy targ niewolników w Afryce Wschodniej, sprzedawano ich głównie do krajów arabskich. Swoją drogą to ciekawy temat, jeżeli ktoś chce się dowiedzieć więcej, odsyłam do ciekawego artykułu na temat niewolnictwa na Zanzibarze – KLIK!

Teraz wysepka to centrum konserwacji wielkich żółwi lądowych. Niektóre z nich mają nawet 150 lat, czyli pamiętają zniesienie niewolnictwa na wyspie.


Jambo – lokalne pozdrowienie, które słychać na każdym kroku!

Kolejny lokalny przewodnik z zamiłowaniem do Polski 🙂

Plaża lokalna…

…i plaża hotelowa.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na krótszą wycieczkę – która naszym dzieciom podobała się najbardziej. Konserwatorium żółwi morskich, które zostały złapane w sieci rybackie i dochodzą tu do siebie zanim zostaną wypuszczone na wolność, z powrotem do oceanu.

Jasiu od zawsze uwielbia żółwie morskie, a tu spełniło się jego marzenie. Nie dość, że mógł je zobaczyć, to jeszcze dotknąć, karmić i pływać z nimi!

To zamknięte oczko wodne jest w jakiś sposób połączone z morzem, więc woda jest zawsze świeża i czysta.

Można karmić żółwie, a one prawie jedzą z ręki!
Nie powiedziano nam tylko, żeby nie ubierać się w nic zielonego, bo żółwie mogą się pomylić i wziąć nas za algi i ugryźć. Niestety nie wiedziałam tego, a byłam w stroju kąpielowym w zielone liście! Musiałam się obejść smakiem, czyli zamoczeniem nóg i robieniem zdjęć…

Krótka wyprawa do pobliskiej wioski rybackiej.

I znowu targ rybny, ale tym razem mniejszy, więc i zapach był mniej intensywny. To już był koniec dnia, targ miał się ku końcowi.

Ryby po przełożeniu do wiadra były obsypywane lodem, żeby się nie zepsuły w transporcie. Potem ładowano je na zwykły samochód „na pakę” i jechano dostarczyć towar.

Kolejny i ostatni przystanek – plaża po zachodniej stronie wyspy, gdzie oglądaliśmy zachód słońca.

Polskie akcenty są wszędzie! 😉

O ile na naszej hotelowej plaży co chwilę ktoś z miejscowych nas zaczepiał, żeby coś sprzedać, to tutaj nikt nie zwracał na nas uwagi. To było bardzo miłe uczucie dla odmiany 🙂


Nasz hotel był po wschodniej stronie, wiec tam słońce zachodziło za lądem. Tutaj krwawo kryło się za horyzontem.

Ostatni dzień z zaprzyjaźnionymi Masajami. Gdy tylko Jasiu szedł na plażę, jego „koledzy” go zaczepiali. Można się było z nimi bez problemu dogadać po angielsku. Jambo!




Gdyby ktoś chciał się wybrać na zakupy, to zaraz na plaży za terenem hotelu zaczynał się „deptak” handlowy. Ale tak naprawdę to sprzedawcy sami przynosili swój towar do nas.

Ostatnie szaleństwa na plaży w Zanzibarze… Samolot był o 23, ale przedłużyliśmy sobie pobyt w pokoju, więc cały ostatni dzień mogliśmy jeszcze rozkoszować się wakacyjnym nicnierobiebiem.

Plaża służyła dla miejscowych po prostu jako szlak transportowy; jeździli po niej rowerami, skuterami, chodzili pieszo. Tylko turyści pływali w oceanie.

To był cudowny tydzień! Zdecydowanie za krótki tydzień… Chciałabym wrócić kiedyś w te strony.

Mam nadzieję, że podobały Wam się zdjęcia, a te kilka informacji praktycznych przydadzą Wam się kiedyś podczas własnej podróży do raju.

Facebook Comments
no comments
Add a comment...

Your email is never published or shared. Required fields are marked *

Menu